Cześć, małe przywitanie – nazywam się Karolina i jestem mamą Polci. Należę do tego cudownego grona KWAczych mam.
Do napisania tego „krótkiego” posta namówiła mnie moja serdeczna koleżanka Agnieszka (pozdrowienia kleopatro ❤️).

Właściwie to krzyczała w wiadomości na messengerze: „Karolina, napisz! Aby przestrzec inne mamy”. Okej, pomysł jest dobry, gorzej z wykonaniem. Pisarka ze mnie żadna, ale postaram się 😊 Jeśli jednak uznacie, że słabo mi poszło, to dla naszego wspólnego dobra, dajcie znać!

Ad rem.

Noc, a właściwie środek nocy. Mój narzeczony pracuje przed komputerem w pokoju obok, ja leżę z Polą w łóżku. Jak nigdy zasnęłam z makijażem, ubrana. Taki wiecie, lekki, przyjemny sen. Spało mi się bardzo dobrze, naprawdę. Jakbym była na lekach nasennych.

Dużo się nie pomyliłam. Miałam wsparcie w tej przyjemnej nocy – takiego cichego, bezwonnego „przyjaciela”.

Zaczyna wyć alarm – mój narzeczony wpada do pokoju, otwiera okna na oścież. Krzyczy „KAROLINA, WSTAWAJ. CZAD!”

Moje oczy z ledwością się otworzyły, słyszałam tylko to wycie i widziałam moją połówkę biegającą, próbującą zrobić przeciąg w mieszkaniu.

Pierwsza moja myśl „Pola”. Malutka spała słodko, mocnym snem. Obudziło ją dopiero zimno z dworu, które wdzierało się do pokoju.

Przewietrzyliśmy w mieszkaniu, wysypaliśmy żar z pieca, zalaliśmy go wodą. To był odruch. Po prostu chcieliśmy pozbyć się tego, co mogło nas zabić. Dosłownie dziewczyny, ZABIĆ.
Uratował nas kawałek plastiku, czujnik czadu. Za kilkadziesiąt złotych.
Proszę Was, błagam! Abyście nie czekali z zakupem takiego czujnika. Ci, którzy nie mają tego cuda w domu – zaopatrzcie się w niego. Nie czekajcie do jutra. Jutro może nie nastać, bo tragedia może spotkać każdego.

Z nami na szczęście wszystko w porządku. Nie wymagaliśmy pomocy lekarskiej. Uratowała nas przezorność.

Karolina