Samotna podróż z dziećmi – brzmi strasznie, prawda? Ale to wcale nie musi być misja samobójcza. Można zaoszczędzić sporo stresu dzieciom, sobie i innym podróżującym. Wystarczy odrobinę kreatywności i dobra organizacja.

Mieszkam wraz z rodziną poza granicami Polski. W związku z czym często podróżuję pomiędzy dwoma krajami.

Podróży samolotem z córkami, w ciągu ostatnich 4 lat, odbyłam kilkanaście. I wiecie co? Jakoś to przeżyłam. Z każdym kolejnym lotem nabieram doświadczenia. Metodą prób i błędów jestem coraz lepsza w organizacji podróży i lotu.

A nieskromnie Wam powiem, że teraz to doszłam już prawie do perfekcji. No prawie, bo dziewczynki są coraz starsze i ich potrzeby też się zmieniają.

Dziś chciałabym uchylić Wam rąbka tajemnicy i zdradzić kilka patentów, które ułatwiły mi podróżowanie ponad chmurami.

Przygoda zawsze zaczyna się tak samo. W kalendarzu zaznaczasz termin „wakacji” – ten, kto podróżuje z małymi dziećmi (a jedna z moich córek ma 1.5 roku) – ten wie, że jeszcze długa droga przed nami, aby wakacje faktycznie wakacjami były. No, ale wracając.

W kalendarzu data zaznaczona. Z konta bankowego znaczna suma zniknęła, aby cudownie zamienić się w kawałek papieru, będący naszym biletem ku upragnionej podróży. Od wejścia na pokład samolotu już naprawdę niewiele Was dzieli… A może i wiele? Bo przed nami najtrudniejsza część. Wiecie już jaka? BINGO! Pakowanie czas start.

Czego potrzebujesz?

Po pierwsze lista. Bez listy ani rusz. Mając przygotowaną listę i tak na bank o czymś zapomnisz, a co dopiero bez niej? Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać… środek nocy, nagle Twoja latorośl mówi słodko-śpiącym głosikiem: „mamusiu, a gdzie mój miś?”. W tej chwili w Twojej głowie eksploduje milion czerwonych lampeczek… Nie, nie, nie. Nie chcemy takiego scenariusza. A więc lista. Lista to priorytet.

Po drugie – pakowna torba. U mnie sprawdziła się idealnie torba Skip Hop Duo Signature – najpierw jako torba niemowlaka, później z kolei jako mały bagaż podręczny.

Każda przegroda w niej wypełniona jest najpotrzebniejszymi rzeczami. Moje must have to: pampersy, mokre chusteczki, smoczki (najlepiej z zawieszką). Kiedyś miałam jeden smoczek podczas lotu, który córka gdzieś zgubiła. Efekt? Trzy rzędy pasażerów szukały tego smoczka, żeby tylko panna przestała krzyczeć. To się nazywa współpraca 🙂 Bardzo przydaje się również pieluszka bambusowa do okrycia dziecka podczas snu – nigdy nie wiem, czy na pokładzie będzie zimno czy za gorąco, a bambus fajnie dostosowuje się do temperatury.

Poza tym czuję się bardziej komfortowo okrywając się czymś podczas karmienia piersią.

Kolejną przydatną rzeczą jest bidon z wodą. Pamiętaj, żeby nie zamykać butelki, bo podczas lotu ciśnienie sprawi, że woda wyleje się. Przetestowałam to kilkukrotnie.

Przekąski. Te pakuję do małych woreczków strunowych. Zabieramy ze sobą różnorodne jedzenie, w małych ilościach. W ten sposób z jednej strony oszczędzamy miejsce, a z drugiej dziewczyny mają w czym wybierać.

Zabawki, książki i kolorowanki z kredkami również z nami latają. Kiedy jednak moje panny gardzą zabranymi umilaczami czasu, wtedy do gry wchodzi telefon/tablet.

Choć nie jestem zwolennikiem dawania ich dzieciom, to są sytuacje, kiedy takie rozwiązanie jest mniejszym złem. Dlatego przed podróżą wgrywam sobie w pamięć urządzenia kilka lubianych przez dzieci bajek/piosenek. Przy tych drugich istnieje ryzyko, że młodzież się rozśpiewa, ale wierzę (oby nie naiwnie), że współpasażerowie wolą słuchać dziecięcego śpiewu, niż rozrywającego uszy wrzasku.

Z gadżetów zupełnie nieoczywistych, to kilka razy uratował mi życie nocnik turystyczny. Tak, właśnie nocnik. Co zrobisz, jak dziecku chce się siusiu, a toalety brak? Najczęściej potrzeba siusiania pojawia się w autobusie, który wiezie nas do/z samolotu. No, dlatego w torbie zawsze jest na niego miejsce.

Pamiętaj również o ubraniach na zmianę, podróżując z dziećmi nie trudno o różne niespodzianki. Rzekłabym, że nawet bardzo łatwo.

Dokumenty oraz telefon trzymam w nerce – jest bezpieczniej i szybciej mogę je wyciągnąć, a jeśli nie używam nosidła bądź chusty, wygodniej trzymać mi córkę na biodrze, opierając ją o nerkę.

Jeśli chodzi o nosidło/chustę, to nie wyobrażam sobie podróżowania bez. Mogłabym lecieć bez wózka, ale nie bez chusty/nosidła (oczywiście odpowiednio dobranego do dziecka, ale o tym będzie w innym wpisie). O wiele wygodniej jest pędzić pod bramkę, niosąc młodszą w nosidle/chuście, jedną ręką trzymając starsze dziecko, a w drugiej ręce niosąc bagaż podręczny.

Przed samym lotem staram się tak zorganizować, aby dać dziewczynom czas na zabawę i rozładowanie energii. Robię to głównie z myślą o sobie, bo wierzę, czasami naiwnie, że podczas lotu będą już tak zmęczone, że choć na chwilę utną sobie drzemkę. Nie zawsze się uda, ale pokusa jest duża.

Podczas startu i lądowania daję dzieciom napić się wody bądź podaję coś do jedzenia, żeby zmieniające się ciśnienie nie zatkało im uszu.

W samolocie zawsze wybieram miejsca najbliżej wyjścia i toalety oraz od okna – o ile jest taka możliwość. Czuję się wtedy bardziej komfortowo podczas karmienia i zawsze mi się wydaje, że od okna jest więcej miejsca.

Czekając na wejście na pokład odwiedzamy toaletę, żeby już nie chodzić w samolocie. Chociaż nigdy się nie zdarzyło, żebyśmy tego uniknęły. Tłumaczę to sobie dziecięcą ciekawością.

Do samolotu wchodzimy jako jedne z ostatnich. Dziewczynki nie mają wtedy zbyt dużo czasu na „mamo, nudzi mi się”.

Co do ubioru – w trakcie podróży jesteśmy dresiarami. Tak nam jest po prostu najwygodniej. Raz założyłam spódnicę i buty na obcasie… Po tym jak musiałam gonić uciekającego roczniaka, tracąc przy tym obcas, stwierdziłam, że wygodny dres nie jest zły.

Patrząc z perspektywy czasu, najłatwiej było mi podróżować, kiedy młodsza córka miała mniej niż pół roku. Wtedy mleko było lekiem na cale zło. Płacz – pierś, nuda – pierś, zmęczenie – pierś, ciśnienie zatykające uszy – pierś. Świetne są te kobiece piersi. Tyle zastosowań!

Mała przesypiała wtedy większość lotu. Z czasem zrobiła się jednak bardziej ciekawa świata i trudniej było jej usiedzieć w miejscu, a mnie wytłumaczyć jej cokolwiek. Zresztą, Wy przecież doskonale wiecie, jak to jest tłumaczyć coś roczniakowi, czy starszemu maluchowi. Dziecko po Twoim trzecim słowie już dawno jest w drodze do innego punktu, gdzie dzieją się o wiele ciekawsze rzeczy, niż monologująca matka.

Z własnej wygody wolę latać z rana. Jeśli mam wybór, wybieram właśnie poranne. Kilka razy leciałyśmy po 22 i to była męczarnia dla mnie, dla córek i dla innych pasażerów.

Zanim jednak zabierzesz się za realizację planu „podróż z dzieckiem” polecam nabyć jedną, cholernie istotną umiejętność. To ona, w chwilach kryzysu, nieprzewidzianych okolicznościach, pozwoli Ci nie osiwieć w ciągu kilku godzin. Ta umiejętność to „uodpornienie się na ludzkie gadanie”.

Dzieci to dzieci. Mimo Twoich najszczerszych chęci, coś może pójść nie tak. Soczek może być zły, paluszki za mało słone, albo za oknem będzie za mało chmur. Wszystko może się wydarzyć. Ale ludzie będą gadać, będą komentować. Co odważniejszy zdecyduję się udzielić Ci rady, która w cudowny sposób uspokoi Twoje dzieci.

Wtedy weź głęboki oddech, uśmiechnij się, podziękuj za radę /pomoc/komentarz i postaraj się po prostu przeżyć. Dzieci w końcu wrócą do stanu „o jakie słodkie, małe berbecie”. Choć jeszcze w to nie wierzysz, to zaraz będą Twoimi słodkimi maluszkami.

Powodzenia!

Paulina