W internecie nie brakuje informacji na temat nastolatek w ciąży. Można znaleźć szybko informacje dotyczące skali problemu, powikłań w czasie ciąży i porodu oraz historie mniej lub bardziej pozytywne młodych kobiet, które to przeżyły. Postaram się jednak opisać, jak to wyglądało u mnie. Tak… Jestem mamą, która urodziła jako nastolatka.

Dwie kreski. 1. kwietnia. Prima aprilis. Sama myślałam wtedy, że to jakiś żart, ale nic z tych rzeczy. Miałam partnera, uprawiałam seks, więc mogło się tak skończyć. Brakowało mi 3 miesięcy do 16. urodzin. Trzecia klasa gimnazjum. Za trzy tygodnie miały zacząć się testy gimnazjalne. Co czułam? Szok, niedowierzanie? Załamanie psychiczne? Nie sposób opisać, jak czuje się nastolatka, która właśnie dowiaduje się, że jest w ciąży. Na pewno nie byłam szczęśliwa z tego powodu. Milion myśli przewinęło się przez moją głowę w jednej chwili. Co pamiętam najbardziej? Strach. Nie o przyszłość, nie jak dam sobie radę, czy jak skończę szkołę. Bałam się powiedzieć mamie. To wtedy był mój największy problem. Mój ukochany był ode mnie o wiele starszy, więc wiedziałam, że informacja o ciąży nie zawali mu świata. Po cichu wiedziałam, że nawet się ucieszy. Nie myliłam się. Dostałam od niego ogrom wsparcia.
W następne dni umówiłam wizytę u ginekologa, kupiłam kwas foliowy i brałam go. To był mój priorytet. Jeśli jestem w ciąży to muszę brać ten kwas. On jest ważny. Wtedy tak myślałam. Byłam nastawiona zadaniowo do tej ciąży. Dowiedzieć się jak najwięcej, co robić, jak dbać o siebie, o dziecko. Wszystkie informacje czerpałam z internetu. Nie miałam z kim porozmawiać, bo poza moim mężczyzną, bałam się powiedzieć komukolwiek o ciąży.

Jak weszłam w drugi trymestr zdobyłam się na odwagę, żeby powiedzieć o tym mamie. Była szczęśliwa jeden dzień. Na drugi dzień zaproponowała mi aborcję. Zwołała naradę rodzinną z rodzicami mojego dorosłego partnera. Oni byli szczęśliwi. Wtedy mama wyrzuciła mnie z domu. Tak po prostu. Nie odezwała się do mnie do dnia porodu. Zamieszkałam u teściów, a on wyjechał pracować za granicę, żeby szybko kupić mieszkanie.

Skończyłam gimnazjum, testy gimnazjalne zaliczyłam na wysokim poziomie. Gdybym nie była w ciąży, to dostałabym się do jednych z lepszych liceów w większym mieście. Jednak jeszcze zanim skończyłam gimnazjum, podjęłam decyzję o pójściu do szkoły zaocznie, żebym mogła więcej opiekować się dzieckiem. To była naturalna decyzja według mnie. Dziecko potrzebuje mamy. Czytałam poradniki, szukałam informacji w sieci na temat tego, co mnie czeka. Jak zadbać o to maleństwo, które ma się urodzić? Co się dzieje z moim ciałem? Co to skurcze przepowiadające? Jak zaczyna się poród? Co można w ciąży jeść? Czego unikać? Cała ciąża to było jedno wielkie zadanie w mojej głowie. Dowiedzieć się jak najwięcej i jak najwięcej zapamiętać.

Nie podchodziłam do ciąży emocjonalnie. Nie wiedziałam czy kocham to dziecko, czy jest dla mnie ważne? Zależało mi na jego zdrowiu. Emocje przyszły w dniu, w którym dowiedziałam się, że będę miała córkę. Ja, wieczna chłopczyca w glanach, będę miała córkę. Wtedy poczułam szczęście. Pierwszy raz od miesięcy poczułam coś innego niż strach. Ciąża przebiegała książkowo. Dbałam o siebie z pomocą mojej teściowej. To była dla mnie wtedy najbliższa osoba.

Termin porodu miałam na pierwszą połowę grudnia. W październiku poszłam do zaocznego liceum. Szkoła była dla mnie ogromnie ważna. Nie chciałam z niej zrezygnować. Z pomocą przyszła mama mojego partnera, która zobowiązała się zajmować dzieckiem, kiedy mała już się urodzi.

Pod koniec października wybrałam z moim ukochanym imię dla naszego dziecka. Nie było to imię wybrane przez przypadek. Miało mieć sens, a nie tylko nam się podobać. Oboje tego chcieliśmy. Jej imię oznacza „ta, która jest silna, odważna w walce”. To imię do niej pasowało. Poród zaczął się pod koniec listopada. Od razu poznałam, że rodzę. Dużo się naczytałam, więc wiedziałam, że przyszedł czas. Szkoda, że była 2 w nocy. Zmęczona po weekendzie w szkole, niewyspana i zaczynam rodzić. Doszły problemy. Nie mogłam zgłosić się na porodówkę sama. Musiał być mój opiekun. Nie myślałam o tym wcześniej. Między skurczami dzwoniłam do mojej mamy. Nie miałam wyboru. Musiałam ją poprosić o pomoc, mimo tego co się stało. Przyszła. Pojechała ze mną do szpitala. Była przy mnie, kiedy rodziłam. Mówiła co się ze mną dzieje. Tłumaczyła, trzymała za rękę. Może przemyślała to, co mówiła parę miesięcy temu? Może żałowała? Tego nie wiem. Jestem jej wdzięczna za to, że była przy mnie wtedy. Nie była do końca porodu, musiała wyjść kilka godzin przed narodzinami mojej córki. Po 12 godzinach urodziłam córkę. Była piękna. Miała rude kręcone włoski. Zakochałam się bez pamięci. Nie sądziłam, że można tak kogoś pokochać. Nie koloryzuje. To dziecko było moim największym szczęściem.

Po paru dniach wyszłyśmy ze szpitala. Karmienie piersią ogarnęłam dobrze w szpitalu z pomocą cudownej położnej, ale była jedna rzecz, której okrutnie się bałam. Kąpiel małej. Teraz może to zabrzmi śmiesznie, ale nie mialam odwagi jej wykąpać przez trzy miesiące. W końcu nastał ten dzień, że zdobyłam się na odwagę i śmiałam się sama z siebie, dlaczego tak się bałam.

Mała miała kilka dni, jak poszłam ze swoim partnerem do urzędu, aby on uznał dziecko. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że nie będzie to tylko formalność. Jednak nie do końca przygotowałam się do tej sytuacji. W urzędzie mała dostała moje nazwisko. W akcie urodzenia było tylko imię ojca. Na szybko trzeba było załatwić opiekuna prawnego dziecku. Moja mama nie chciała zgodzić się na to, żeby powiedzieć, że mój partner jest ojcem dziecka, więc pozostał mi tylko sąd i wyznaczenie osoby na opiekuna prawnego mojego dziecka. Nie zastanawiałam się zbyt długo nad tym, kogo wziąć na opiekuna prawnego małej. Dla mnie było logiczne, że będzie nim osoba, która pomogła mi najwięcej, na którą mogłam najbardziej liczyć w tamtym momencie. Była to moja teściowa. Poprosiłam ją. Nawet się nie zawahała. Zgodziła się od razu. I tak przez prawie dwa lata, moje dziecko nie było do końca moje. Nosiło moje nazwisko, było ze mną, ale nie mogłam o niej decydować. W tamtym okresie bardzo mnie to dobijało. Po moich 18. urodzinach napisałam wniosek do sądu o uznanie dziecka. Nie czekałam długo na sprawę w sądzie. Tato małej uznał ją i nadał jej swoje nazwisko, ja nabyłam z nim pełnię władzy rodzicielskiej. I w końcu, po całych tych przebojach, zaczęliśmy żyć tak normalnie. Razem. Sami we trójkę.

Po przeczytaniu tej historii możecie zobaczyć, że bycie mamą w młodym wieku nie jest łatwą sprawą. Po drodze napotyka się wiele problemów.
Jeśli macie ochotę przeczytać więcej informacji związanych z nieplanowaną ciążą, dajcie znać w komentarzach!

Alicja