To zależy od tego, z której strony wiatr wieje i jak mocno

15 lipca 2018 roku zostałam mamą po raz pierwszy – mamą Lipcowego.

Wyjąwszy wszystkie te wyczekane słowa: mama, tata, baba, dziadzia, dzidzia, am, nie itp., to tak naprawdę pierwszym słowem mojego syna, było słowo „ogień”. Wypowiedział je głośno, wyraźnie i z takim czymś w oczach, co trudno było zignorować.
Ogień to jego słowo. On sam jest jak szalejący ogień.

Jeśli popatrzeć na tego ognika i na dwoje ludzi, którzy pierwszy raz nieporadnie zostali rodzicami, na to co się czasem dzieje u nas na chacie i na to, jak tu czasami rośnie temperatura, to co mamy? Pożar w burdelu mamy.

Całe nasze doświadczenie w byciu rodzicami Lucjana polega na tym, że biegamy z wiadrami z wodą i gasimy. A to tu, a to tam.

Lipcowy jest high needem. Kto wie o co chodzi, ten wie i więcej pisać nie muszę. Kto nie, niech mu powyższy opis wystarczy. Bo to i tak trzeba zobaczyć na własne oczy.
Nie, żeby nie było fajnie i pięknie, bo jest. Nie, żeby nie był naszym oczkiem w głowie, bo oczywiście jest. Ale wiecie, bywa gorąco ;). To jest dziecko z którym cały świat płacze i cały świat się śmieje. I nie da się przejść obok obojętnie.

Tylko jak żyć w ciągłym pożarze? A no da się. Gdyby się nie dało, nie byłoby z nami Zimorodka. Irenka przyszła na świat 15 grudnia 2019. Irenka… jest. Jest dokładnie tą bajką, która za pierwszym razem nam się nie przytrafiła. Bajką o niemowlęciu, które je i śpi.

W zasadzie nie wiem jak ugryźć ten temat. Z dnia na dzień stałam się jedną z tych mam, w których istnienie dzień wcześniej nie wierzyłam. To jest bardzo trudne, tak usiąść i napisać: „Jestem od teraz taka super ogarnięta, umiem ogarnąć macierzyństwo dwójki dzieci”. To zbyt zuchwałe i, w gruncie rzeczy, nieprawdziwe. Są dni, że nie jestem ogarnięta. Są dni, są noce, że chciałabym uciec. Chciałabym się wziąć i zniknąć. Chciałabym trafić na chwilę do aresztu i spędzić noc na twardej pryczy. Położyć się w oknie życia. Albo chociaż wybiec do lasu i krzyczeć, po prostu krzyczeć do utraty tchu.

A mimo to czuję i widzę, że bycie mamą dwójki dzieci wychodzi mi lepiej, niż bycie mamą jednego.

Gdy w naszym, moim i męża, życiu pojawił się Lucjan, byliśmy równie gotowi na dziecko, co nie. Byliśmy równie gotowi dać mu 100% siebie, co nieświadomi, że tak, tyle, albo i więcej będzie właśnie potrzebne. 100%, czasami 150%. Czekając na przyjście na świat Irenki zaczęliśmy z mężem liczyć te procenty. I ten „budżet” nam się nie domykał. Skąd weźmiemy drugie tyle czasu, uwagi, siły, cierpliwości?

Ale okazało się, że druga doba nie jest nam potrzebna, nawet jeżeli czasem przydałoby się ją wydłużyć.
Mam dom jako tako ogarnięty, obiad zazwyczaj zrobiony, albo coś na ząb, włos ogarnięty, maseczkę raz w tygodniu. Prowadzę grupę na Facebooku, prowadzę tego bloga z grupką fajnych babek zabieganych tak samo, jak ja. Jak to się stało? Nie wiem. Wyszłam z grudniową Ireną ze szpitala, przekroczyłam próg domu i zmieniło się. Jestem chyba tym przypadkiem, któremu dwoje dzieci lepiej robi na mózg, niż jedno.

Ale czasami jest źle albo i jeszcze gorzej

Szósta rano. Podnoszę jedną sklejoną snem powiekę, druga nie chce współpracować. Przy brzegu łóżka wisi nade mną wielka grucha. Lucjan w swoim nocnym śpiworze.

  • Am? Am?

Szybko, na ile mi stan umysłu o szóstej rano pozwala, oceniam sytuację. Przywarty do piersi leży obok mnie Zimorodek. Musiała być w nocy niezła impreza. Pod nosem ma mleko, jeden rękaw w mleku, w zalążkach swoich przyszłych, pięknych włosów ma mleko. Oddycha miarowo, spokojnie, nażarta, nieodbeknięta.

  • Am? Aaaammmm!!! – Lucek aka Grucha zaczyna się niecierpliwić. Jest źle, zaraz włączy syrenę.
  • Weź ją weź. Słyszysz? Weź ją ode mnie. Odbij i przewiń.

Mąż z wzorem poduszki na twarzy, z zagubionym wzrokiem przejmuje zatankowaną po korek mlekiem Irenę. Lucek wskakuje na jej miejsce, przysysa się do mnie jakby tydzień nie jadł i pasożytuje kolejne 15 minut.

Wydaje mi się w tym momencie, że tego dnia nie przeżyję. Jeszcze 3 godziny temu młody jeździł po chałupie na rowerze, a 2 godziny temu płakał ze smarkami do pasa, bo teraz akurat usypiać ma mama, a nie tata.

Myślę o tym, jakie kiedyś miałam luksusowe życie. Na przykład, zazwyczaj ludziom po obudzeniu chce się siku, więc idą siku. Mnie też. Jezusicku, jak mi się chce siku. Pić mi się chce. Ale Latorośl ssie i ma wywalone na moje zachcianki.

Zimorodek dosypia, a Lucjan dojada. Czuję zapach świeżej kawy unoszący się z kuchni. Zastanawiam się, czy dzisiaj zdążę wypić ciepłą. Myślę o tym, jak będzie wyglądał mój poranek za 10 lub 20 lat. Jak będzie mi brakować tej małej główki uczepionej do piersi, jak będzie okrutnie pusto. Otwieram więc jakoś to drugie oko, wyciągam z kieszeni te brakujące 100% uwagi, siły, cierpliwości i żyję ciesząc się tym, co jest.

Jest kilka rzeczy, mniej oczywistych niż zmęczenie, brak czasu, zimna kawa i zarwane noce, z którymi skonfrontuje nas bycie rodzicem dwójki dzieci rok po roku

Nie przygotujemy starszego dziecka na pojawienie się rodzeństwa. Nawet samo określenie „starsze dziecko” brzmi jak żart, bo przecież jest to jeszcze wciąż niemowlę.
Nie przygotujemy się i zaskoczą nas własne emocje, z którymi będziemy musieli mierzyć się na co dzień. Z poczuciem winy, gdy w środku nocy tulisz do piersi jedno, słysząc z pokoju obok, gdzie czuwa mąż, „mama?!”. Znów z poczuciem winy, że to drugie nigdy nie ma tyle uwagi i westchnień nad kołyską, co pierwsze. Bo gdy śpi tak słodko, najważniejsza jest wieża z klocków.
Nie unikniesz zazdrości, łez, złości.

Jaka jest więc odpowiedź na to trudne pytanie? Czy to aby na pewno dobry pomysł?

Kiedy tak liczyliśmy z mężem brakujące procenty czasu, sił i innych zasobów, nigdy nie przyszło nam do głowy zastanawiać się, skąd weźmiemy drugie tyle miłości. Ona po prostu jest. Przyjechała z nami dodatkowa porcja miłości ze szpitala, w łupinie, okryta kocykiem, w grudniowe popołudnie. W zbyt dużym ubranku, bo wszystkie okazały się zbyt duże, w czapeczce, która zsunęła się na oczy. Spała, oddychając spokojnie.
I to ona, ta miłość, daje nam siłę, kiedy sił już brak, czas, nawet kiedy nie ma czasu i wszystko inne, czego trzeba, na każdy kolejny dzień.

A tak między nami, las pod oknem, więc czasami wychodzimy z Lipcowym pokrzyczeć razem. A przecież patrząc na nią, nie da się powiedzieć, że to był zły pomysł 😊

Dorota