Rodzeństwo Dzieci rok po roku

O tym, jak lipcowa mama została mamą po raz drugi, na poważnie i z przymrużeniem oka.

Cześć. Jestem mamą dwójki. Latorośl, czyli Lipcowy Lucjan ma półtora roku, a Zimorodek, czyli grudniowa Irenka miesiąc. Jestem tandemową mamą, czyli karmię piersią starszaka i niemowlaka.

Kiedy dowiedziałam się o drugiej ciąży, Lipcowy miał około 9 miesięcy. Taki był plan, przemyślany. Tylko czy tak do końca wiedzieliśmy, na co się decydujemy? Oczywiście, że nie. Jak to wygląda naprawdę?

Ciążę z pierwszym dzieckiem spędziłam jak królewna. Spałam kiedy i ile chciałam, śniadanie dostawałam do łóżka, oglądałam i wybierałam ubranka, wózki, kołyski, kosmetyki. Ogółem, mogłam delektować się tym czasem oczekiwań i przygotowań. Ba, mogłam nawet jeść wtedy, kiedy miałam na to ochotę i to, na co miałam ochotę. Ale czy to nie jest oczywiste? No nie jest. Jeśli masz w domu w zasadzie wciąż jeszcze niemowlę, roczniaka czy już półtora roczne dziecko, ogólnie małe dziecko, nie licz na taryfę ulgową.

W drugiej ciąży, z Zimorodkiem, poznałam swoje granice wytrzymałości. Oczywiście nieoceniona była w tym wszystkim rola taty, ale i tego czasem było mało. Małe dziecko nie rozumie, nie musi rozumieć, że mama jest zmęczona, że mama źle się czuje, że potrzebuje dodatkowej godzinki snu. Że nie można skakać po mamie i bawić się z nią tak, jak wcześniej. Że nie można wisieć na rękach godzinami jak mała małpka. Nie ma wymówek. Przekonałam się o tym około 6 miesiąca ciąży, kiedy w środku nocy z temperaturą 39 stopni, katarem lejącym się z nosa, chodziłam wokół stołu w kuchni, powłócząc nogami i ciągnąc na sznurku samochód z przyczepką. W przyczepce siedziała nasza Latorośl. Podróż wokół stołu okazała się tym razem jedynym skutecznym środkiem przeciwbólowym na wyrzynające się dwójki. Żadne tam maści na ząbki czy syropki nie dawały rady. Zmienialiśmy się z mężem co 15 minut, żeby przeżyć tę imprezę życia.

Czego wtedy, w ciąży, bałam się najbardziej? Oczywiście tego jak poradzę sobie z dwójką maluchów, ale o tym w kolejnym wpisie. W moim przypadku okazało się, że strach ma wielkie oczy.

Drugą rzeczą, która spędzała mi sen z powiek, była rozłąka z Lipcowym, kiedy przyjdzie czas porodu. I wiecie co? Przeżyliśmy to wszyscy, ale było gorzej niż myślałam. Zamiast na dwie lub trzy doby, wylądowałam w szpitalu na 6 dni. W zasadzie bez możliwości widzenia się z Luckiem. Każdy kolejny dzień kosztował mnie kilka nowych siwych włosów, a młody złapał chorobę sierocą, trwającą całą dobę. Nawet nie wiedziałam, że istnieje coś takiego. 40 stopni gorączki, wymioty, brak oznak jakiejś rzeczywistej infekcji. Tęsknota.

Zimorodek potrzebował 3 godzin i 5 minut, żeby wydostać się na świat. Był to poród dla mnie luksusowy, po tym jak Lipcowy Lucek dał sobie na to samo zadanie 18 godzin.

Jak jest teraz? Jest dobrze, jest lepiej niż kiedykolwiek i lepiej, niż mogłam sobie wymarzyć. W moim przypadku potwierdziła się wersja wydarzeń, w której pierwsze dziecko stawia świat na głowie, a drugie… drugie chyba pozostawia go w spokoju. Tylko miłość. Miłości jest 2 razy więcej na chacie. I pieluch.

Życie z dwójką maluchów zaskakuje mnie jednak codziennie, i o tym popełnię kolejny wpis na blogu. Tytułem zachęty uchylę rąbka tajemnicy i powiem Wam, na czym polega klątwa urodzaju mamy tandemowej.

Kiedy biegasz po domu z przeciekającymi, nabrzmiałymi piersiami od Zimorodka do Latorośli, prosząc, żeby któreś zechciało się najeść. Ta pierwsza nie chce bo śpi i nie życzy sobie, żeby jej przeszkadzać. Drugi aktualnie nie może, bo jest zajęty budowaniem wieży z klocków. I to chore uczucie, kiedy patrzysz ukradkiem na męża, ale myślisz sobie, nie, jednak tak nisko nie upadłam. A później jeszcze przez chwilę przypomina Ci się teściowa, która tydzień temu pytała, czy możnaby takie mleko kotu dawać?

Całujemy i z uśmiechem na twarzy, z mleczakami wywalczonymi w tę pamiętną noc na przyczepce, zapraszamy na ciąg dalszy naszej historii.

Dorota