Cześć, jestem Agata. Jestem mamą 19-mięsiecznego Michałka, żoną Pawła. Jestem młoda, pełna życia, mam świetne poczucie humoru, które świat postanowił zweryfikować. No i mam też stomię – tak, wolałabym Mercedesa albo jakieś inne BMW, ale w tym wypadku nie miałam za dużego wyboru. Życie.

Zaparz sobie kawę i wypij ją w moim towarzystwie. Do usłyszenia w komentarzach!

Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. W czerwcu 2019 roku pomieszkiwaliśmy sobie z Michasiem u moich rodziców, ponieważ Paweł, z faktu bycia żołnierzem, przebywał na poligonie. Co więc mieliśmy siedzieć sami, jak mogliśmy cieszyć się towarzystwem i pomocą dziadków. No to korzystaliśmy. Miała być rodzinna sielanka – taki był mój plan. Niestety życie miało swój…

W czasie pobytu u rodziców dostałam pierwszego rzutu WZJG (wrzodziejącego zapalenia jelita grubego). Objawy przypominały zwykłą jelitówkę. Niestety, z dnia na dzień było coraz gorzej. Silne bóle brzucha i krew w stolcu doprowadziły do tego, że słaniając się na nogach, odwiedziłam 3 szpitale. Dopiero w ostatnim zrobiono kolonoskopię i stwierdzono WZJG. Dostałam leki i zostałam wypisana na weekend do domu. Leki miały pomóc, ale dranie nic takiego nie zrobiły.

Mój stan się pogarszał. I to naprawdę szybko. Zamiast świętować roczek synka, zwijałam się na łóżku z bólu. Pojawiły się wymioty i wysoka gorączka, więc z samego rana w poniedziałek rodzina zawiozła mnie do szpitala we Wrocławiu, na oddział gastroenterologii.

Niestety mimo ogromnych dawek sterydów i innych leków, mój stan wciąż się pogarszał – już wtedy widziałam, że do domu szybko nie wyjdę. Ale nie zdawałam sobie wtedy jeszcze sprawy z tego, że najgorsze miałam przed sobą.

W sobotę moje jelita przestały pracować. Zalecenia były jednoznaczne, trzeba natychmiast usunąć jelito.

Chirurg próbował mi tłumaczyć wszystko, ale ja nie chciałam tego słuchać. W tamtym momencie świat zaczął mi się walić na głowę. Płakałam, krzyczałam, że to pomyłka, że nie chcę stomii, że chcę normalnie żyć.

Bałam się wszystkiego, a najbardziej tego, że zostawi mnie mąż. Tak! Zostawi. No bo kto chciałby mieć taką kobietę? Z workiem kału na brzuchu? Ciągle miałam to w głowie.

Nie byłam łatwą pacjentką. Lekarze próbując przekonać mnie do natychmiastowej operacji, w międzyczasie, wezwali do szpitala Pawła z moją mamą i siostrą, aby ci wpłynęli na zmianę mojej decyzji. Po dłuższym przekonywaniu uległam i w ciągu 20 minut zostałam przewieziona na salę operacyjną.

Obudziłam się po operacji i czułam, nie! Ja nie czułam. Ja byłam jednym, wielkim bólem. Poród i bóle krzyżowe, które miałam, to przy tym pikuś. Żadne leki przeciwbólowe nie pomagały, nawet morfina w tym momencie była dla mnie za słaba – taka ze mnie twarda sztuka.

Ale przyrzekłam sobie, że wytrwam… No i koniec końców wytrwałam, choć było cholernie trudno. Ale po kolei.

Lekarz, który mnie operował powiedział, że bez tej operacji nie dożyłabym rana. Wtedy zaczęły targać mną sprzeczne emocje. Z jednej strony byłam wdzięczna lekarzom za uratowanie życia. Z drugiej zaś wściekła na siebie, że byłam taka głupia i lekkomyślna. Gdybym postawiła na swoim, moje dziecko nie miałoby matki…

Postanowiłam więc, że zrobię wszystko, by jak najszybciej do niego wrócić.

Ale żeby nie było zbyt łatwo, moje ciało miało inne plany. 2 dni po operacji rozeszła się rana, stomia się zapadła,  wdało się zakażenie i martwica skóry. Słabo co? Ale jak to bolało… Kilka dni leżałam z otwartym brzuchem, aby medycy mogli ściągać ropę i wszystko oczyścić. Jak już nad tym trochę zapanowali, zaprosili mnie po raz kolejny na stół operacyjny. Tutaj już nie robiłam scen, zgodziłam się od razu.

Tak więc podczas drugiej operacji lekarze usunęli martwą tkankę i zrobili nową stomię, po przeciwnej stronie. Myślałam, że skoro to tylko plastyka, to ból pooperacyjny będzie dużo mniejszy – o ja naiwna. To było pobożne życzenie. Swoje trzeba było wycierpieć. 

Przez 3 dni od operacji, na zmianę wyłam i krzyczałam. Ból był nie do zniesienia, a ja jedyne co chciałam to umrzeć.

Moim kołem ratunkowym okazał się mój syn. Przy życiu trzymały mnie zdjęcia i filmiki synka. Tak strasznie za nim tęskniłam. Codziennie modliłam się o to, by chociaż raz go zobaczyć.  Modlitwy chyba przyniosły rezultat, bo zaczynało mi się poprawiać.

W tym czasie byłam karmiona dożylnie. Marzyłam o normalnym jedzeniu do tego stopnia, że oglądałam filmiki na Instagramie  z jedzeniem.

Znacie to powiedzenie „co za dużo (dobrego), to nie zdrowo”? Pewnie, że znacie. No więc równowaga musi być, nawet jeśli wydaje Ci się, że sama stomia jest już gówniana, to jednak nie.

Minęło kilka dni i pojawiły się kolejne kłopoty (wcale nie kochane). Tym razem na prowadzenie wysunęły się problemy z żyłami. Przez anemię i odwodnienie, żyły pękały jak balony, a na dodatek puchły miejsca, w których były podłączone kroplówki. Tym sposobem stałam się szczęśliwym posiadaczem wkłucia centralnego. Ale nie myślcie sobie, że łatwo się to dało założyć. Nic z tych rzeczy.

Spędziłam na anestezjologii 3 godziny – dla niewtajemniczonych, to szmat czasu. Widziałam to zdenerwowanie lekarza, który chce się wkłuć, ale przez zapadnięte żyły nie może. On z kolei wiedział, że to mój jedyny ratunek, wiec próbował się wbić w każde miejsce. W końcu udało się w pachwinę udową. Po wszystkim ze szczęścia płakał ze mną i pielęgniarkami, które po mnie przyjechały. Widzicie, jak wkłucie centralne jednoczy ludzi?

Potem było już tylko lepiej. Zaczęłam uczyć się siadać, wstawać i w końcu chodzić – uczyłam się dokładnie tego samego, co jakiś czas temu uczył się mój syn. Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że ja – piękna, młoda, zdrowa! kobieta, będę musiała na nowo uczuć się tak podstawowych umiejętności.

To był cholernie cieżki okres, najgorszy w moim życiu. Półtora miesiąca leżenia i nie jedzenia spowodowały, że  schudłam 25 kg i to był jedyny plus całej sytuacji 😛

Przez ten cały czas trzymałam się tylko nadziei, że uda mi się wyzdrowieć i w końcu przytulę Michałka.

Udało się! Jak mamę kocham, udało mi się!

Wróciłam do domu, przytuliłam syna i tak tulę go do dziś. Oczywiście, kiedy młody tego chce, bo coraz częściej tulasy przegrywają z zabawkami 😉

Całkiem niedawno dotarło do mnie, że gdyby nie syn, mąż, rodzina i przyjaciele – Ci, którzy fizycznie uczestniczą w moim życiu, ale też Ci wirtualni (kocham Was KWAczki), nie miałabym na tyle siły, by to wszystko przetrwać. Gdyby nie oni, to dzisiaj by mnie nie było. Ta sytuacja zmieniła moje podejście do życia. Dziś nie wstydzę się stomii, wręcz przeciwnie, cieszę się że ją mam, bo wiem że uratowała mi życie. Życie, którym będę się długo cieszyć wraz z rodziną i przyjaciółmi.

Mama ze stomią, rodzina

A z tej, bądź co bądź, cholernie trudnej sytuacji, poza workiem na brzuchu, mam też masę pocztówek z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia, które przysyłały mi Dziewczyny z KWA 😀

Agata