Hej, mam na imię Magda i mam 35 lat. Dwanaście lat temu wyszłam za mąż, a moim największym marzeniem było zostanie mamą ❤️ Dziś opowiem Wam moją historię, która pokazuje, że niemożliwe staje się MOŻLIWE, a na szczęście czasami trzeba trochę poczekać 😊

Wracając do początku, niedługo po ślubie rozpoczęliśmy starania o dziecko. Mijały kolejne miesiące, kolejne bezowocne próby i tak na staraniach zleciało nam całe 5 lat. Każda nieudana ciąża doprowadzała mnie do ogromnej rozpaczy, załamywałam się, nie byłam w stanie normalnie funkcjonować.

W końcu postanowiliśmy z mężem poszukać przyczyny i udaliśmy się do kliniki leczenia niepłodności. Pani Doktor zleciła kilkanaście badań (w tym między innymi: badania wszystkich hormonów, cała immunologia, choroby zakaźne), zrobiłam je i udałam się na kolejną wizytę. Pani Doktor przeprowadziła badanie ginekologiczne wraz z usg, spojrzała na wyniki badań krwi i zdecydowanym tonem powiedziała: „Jeśli chce Pani być mamą, proszę zejść na dół i poprosić o dokumenty do ivf (zapłodnienie metodą in vitro). Mój świat się zawalił, siedziałam pod gabinetem jeszcze długo po skończonej wizycie i nie mogłam powstrzymać łez. Wychodząc z kliniki podeszłam do recepcji, wzięłam formularze i wróciłam do domu.

Jednym z elementów koniecznych do rozpoczęcia procedury było badanie nasienia mojego męża. Niestety i tu okazało się, że wyniki są bardzo słabe, a my straciliśmy wówczas ostatnie resztki nadziei. Postanowiliśmy jednak zawalczyć o nasze szczęście, nie chcieliśmy się poddać. Nie wiedzieliśmy nic o ivf, ale nasz tok myślenia był bardzo płytki, byliśmy przekonani, że pójdziemy i zapłacimy mniej więcej 20.000,00 zł i będziemy mieli dziecko! Oczywiście nie jest to sztywna kwota, którą należy zapłacić za swoją „szansę”, ceny różnią się nie tylko pomiędzy poszczególnymi klinikami, ale również ze względu na szczegółową diagnostykę pacjentów, koszty wizyt lekarskich, leków. Niestety to nie jest takie proste jak nam się wydaje i choć koszty w każdym przypadku są olbrzymie nie gwarantują w żaden sposób tego, że marzenie o potomstwie stanie się rzeczywistością.

Każdy dzień rozpoczynał się od czterech zastrzyków w brzuch, „na śniadanie” zjadałam około 12 różnych tabletek, otrzymywałam masę hormonów, sterydów. Moje żyły były już w takim stanie, że nie było miejsca na nowe wkłucia, a brzuch był siny od zastrzyków. Stymulacje hormonalne trwają różnie, wszystko zależy od dawek leków. U mnie trwały około 10 dni, w tym czasie wizyty w klinice odbywały się co drugi dzień, by kontrolować na usg jak przebiega stymulacja, jak rosną pęcherzyki. Niektóre dziewczyny mają ich po 20, ja miałam około 3, dlatego, że mój AMH, określający rezerwę jajnikową, był bardzo niski.

Po tych 10 dniach przyszedł czas na kolejny etap, czyli pobranie płynu pęcherzykowego wraz z komórkami jajowymi. Niektóre kliniki przeprowadzają zabieg w znieczuleniu ogólnym, jednakże nie ma się czego obawiać, pobranie w moim przypadku bez znieczulenia nie było bolesne, jedynie trochę nieprzyjemnie. Mąż w tym czasie oddał swoje nasienie.

W następnym etapie dochodzi do zapłodnienia in vitro, czyli embriolog ocenił które komórki nadają się do zapłodnienia i połączył je z plemnikami męża. Czekaliśmy kolejne 5 dób na informację, czy doszło do zapłodnienia (w niektórych klinikach są to 2-3 doby, w zależności od stadium, w jakim podają zarodki).

Na kolejny etap, czyli transfer zarodków do jamy macicy przyjechałam na czczo, musiałam też wypić dużo wody, tak aby pęcherz był pełny, bo wtedy łatwiej wykonać zabieg. Czynność trwała około 10-15 minut. Po wszystkim leżałam około godzinę w mojej klinice.

Kolejne czekanie około 7 dni na badanie beta hcg. I to wszystko. Albo się uda albo nie, to jest jedna wielka loteria.

Przeszliśmy przez całą procedurę, czekaliśmy z nadzieją na rezultaty i nagle po pierwszym transferze wszystko runęło jak domek z kart! „Nie udało się, ciąży nie ma” – powiedział lekarz. Nie rozumiałam tego, przecież to niemożliwe. Miałam ogromne wsparcie w moim mężu, rodzinie oraz przyjacielu, ale w tamtym momencie nic nie było w stanie ukoić mojego cierpienia.

Minęło kilka miesięcy i postanowiliśmy spróbować drugi raz, potem trzeci i czwarty. Bez skutku. Mnie przybywało lat i kilogramów od tych ciągłych stymulacji. W międzyczasie trafiłam na grupę in vitrową, tam poznałam wiele wartościowych dziewczyn oraz, jak się później okazało, moje cztery wspaniałe przyjaciółki 😊

I tak mijały kolejne lata. W 2017 roku podjęliśmy z mężem decyzję, że spróbujemy po raz ostatni, a jeśli się nie uda – odpuścimy. Jeszcze w październiku po raz drugi wzięłam udział w warsztatach „Obudź w sobie życie”. Było to cudowne przedsięwzięcie, poznałam wspaniałych ludzi, wylałam morze łez, lecz lawina wsparcia i świadomość, że nie jestem w tym wszystkim sama dodały mi skrzydeł ❤️

Zakupione leki czekały w lodówce, lecz ja nigdy ich nie wzięłam.

W listopadzie, jak co miesiąc, zrobiłam test. To była już moja „tradycja”. Co miesiąc, rok w rok, kupowałam kilka testów i uparcie je robiłam dopatrując się choćby cienia upragnionej drugiej kreski. Lecz tym razem los mnie zaskoczył, pojawiła się druga kreska! Sama do końca nie dowierzając poszłam do apteki po trzy inne testy, lecz każdy pokazywał wynik pozytywny. Zapytacie co wtedy czułam, lecz ja nie potrafię Wam nawet opowiedzieć, byłam po prostu szczęśliwa 😊 Z samego rana poszłam na betę, wynik trzycyfrowy nie pozostawiał złudzeń, mamy CIĄŻĘ!!! Udało się!!!

Natychmiast umówiłam się na wizytę w klinice niepłodności, w której się leczyliśmy, pomimo tego, że ciąża nie wynikała z ivf. Pan doktor zaprosił mnie na fotel, po czym po chwili ciszy oznajmił, że jest to ciąża pozamaciczna jajowodowa, na cito skierował mnie do szpitala na jej usunięcie. Nie pamiętam jak wyszłam z gabinetu, nie wiem jak wróciłam do domu, byłam w szoku, płakałam. Mój mąż się kompletnie załamał 😞

Moja przyjaciółka poprosiła mnie, abym pojechała to jeszcze sprawdzić do jej Pani Doktor. Pomyślałam, dlaczego nie, nie miałam przecież nic do stracenia. Pani Doktor przyjęła mnie bez kolejki, zrobiła usg i zdumiona powiedziała, że pęcherzyk jest na swoim miejscu i nie ma mowy o pomyłce.
Aby to potwierdzić pojechałam w jeszcze jedno miejsce i tam usłyszałam ostateczną diagnozę – CIĄŻA prawidłowa!!! Wróciłam do domu jak na skrzydłach, byliśmy bardzo szczęśliwi. To się działo naprawdę, a ja nie mogłam w to uwierzyć 😊

Sama ciąża przebiegała w miarę prawidłowo, męczyło mnie tylko ogromne nadciśnienie, leki nie dawały rady, dlatego potrzebnych było kilka hospitalizacji i tak dotrwałam niemal do końca. 3 lipca dostałam wysokiej gorączki, więc pojechaliśmy do szpitala, w którym miałam rodzić, żeby sprawdzić czy z dzieckiem jest wszystko w porządku. Lekarz niemal mnie wyśmiał i kazał wracać do domu, bo z dzieckiem jest wszystko OK.

Wyszliśmy stamtąd, ale moja intuicja podpowiadała, że nie jest dobrze. Znalazłam możliwość zrobienia ktg prywatnie i po kilku minutach zapisu lekarz, który przeprowadzał badanie zadzwonił do szpitala, żeby na nas czekali. Byłam przerażona. Kiedy dotarliśmy na miejsce wszystko potoczyło się już błyskawicznie, cesarskie cięcie zostało wykonane na cito. Okazało się że Hania miała ogromną tachykardię, a wody były zielone, dusiła się. 4 lipca o godzinie 00.25 na świat przyszła moja wyczekana córeczka, prawie dwa tygodnie spędziła na neonatologii z antybiotykiem, ale finalnie wszystko skończyło się dobrze.

Kiedyś przeczytałam, że zabieg in vitro jest tylko dla „leniwych i bogatych”. Wcześniej, dopóki problem mnie nie dotyczył sama nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ogromnym problemem jest niepłodność, ile par takich jak my nie może się doczekać swojego potomstwa. Niestety, nikt głośno o tym nie mówi, to ciągle temat tabu, ludzie nie chcą być napiętnowani, obawiają się, że ich dzieci będą wytykane palcami. Niestety, takie mamy społeczeństwo, bardzo łatwo kogoś wyśmiać i ocenić, lecz nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, co tak naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami klinik i domów ludzi, których niepłodność dotyka. Włóż czyjeś buty i przejdź jego drogę zanim cokolwiek ocenisz. Ja miałam to szczęście, że choć in vitro nie dało mi dziecka, to mam happy end. Hania się pojawiła, zdarzył się po prostu cud. Moje przyjaciółki nadal walczą, a ja trzymam za nie kciuki i wierzę, że im też się w końcu uda. Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną w tym trudnym czasie, bo bez Was nie dałabym rady.

A Hania? Hania to zdrowa, piękna i mądra dziewczynka, moje największe szczęście, moje MARZENIE ❤️ Ale marzenia nie spełniają się ot tak. W tym cała ich magia. Że są wyczekane – Martyna Wojciechowska.

Magda