Tytuł zdradza nieco o czym będzie ta historia. Będzie o wpadce, ale nie takiej zwyczajnej, takiej która nie powinna się wydarzyć.

Zostałam mamą pierwszego dziecka, jak większość Kwaczek, w lipcu 2018 roku. Marzyłam o dziecku, w sumie to już mi odbijało, kiedy przez dwa lata starań nie udawało się. Badania nie wykazały żadnych przyczyn zdrowotnych, tydzień po ostatnich badaniach męża zaszłam w ciążę. Nie mogłam uwierzyć, że się udało, byłam przeszczęśliwa. 9 miesięcy minęło szybko i bez większych problemów, czułam się dobrze, nie dolegało mi nic, co mogłoby wzbudzać niepokój. Po odejściu wód nie mogłam się doczekać kiedy przyjdzie na świat moja córeczka. Niestety długi i ciężki poród zabił we mnie całą radość. Po 12h prób zabrano mnie szybko na cesarskie cięcie (CC). Cały pobyt w szpitalu oraz pierwsze tygodnie w domu to był koszmar, nie było żadnego „cudu narodzin”, a ja chciałam po prostu umrzeć. Wiedziałam, że nie będzie lekko, jednak nie przypuszczałam, że nie będę potrafiła się aż tak bardzo odnaleźć, ale to historia na inny wpis.

Gdzie ta wpadka z tytułu w takim razie? Ano, wpadka była 4 miesiące później.

Relacja między mną a mężem była napięta. Myślę, że wszyscy młodzi rodzice przeżywają coś z rodzaju kryzysu po narodzinach dziecka, w końcu świat wywraca się do góry nogami. Nareszcie spędziliśmy miły wieczór, pierwszy od porodu. No i stało się.

Miałam złe przeczucia, dlatego postanowiłam zrobić test wcześniej, niż jest to zalecane. Pewnie niejedna kobieta marzyłaby o takim wyniku, w sumie ja sama nieco ponad rok temu pragnęłam tego najbardziej na świecie, jednak zdecydowanie nie teraz. Pozytywny. No dwie kreski jak nic! Nie chciałam w to wierzyć, zaczęłam płakać, tylko kilka razy w życiu płakałam tak mocno. Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do męża, powiedziałam: „Wracaj do domu, mamy problem!”. Ja ryczałam, a on się cieszył. No z czego tu się niby cieszyć?!

Znowu poród?! Nigdy w życiu. To ostatnie czego bym chciała.

Mieszkamy na wynajmie, ja na urlopie macierzyńskim, na umowie na zastępstwo, żadnych oszczędności, w sumie nic, choć nie brakuje nam na podstawowe potrzeby, ale jedna osoba więcej to dużo.

Byłam zła, wkurzona, załamana, zrozpaczona, a w pewnych momentach w sumie się cieszyłam.

Chciałam mieć więcej dzieci, ale nie tak szybko, miałam paskudne myśli. Wstyd się przyznać, ale miałam nadzieję, że stanie się coś złego, samo, bo ja nie umiałabym w tym pomóc.

Początki macierzyństwa były trudne jak cholera. W sumie ja nadal byłam na początku, a tu zaraz, za chwilę miałam być tam znowu. Nie czułam się dobrą mamą. Ciągle w głowie miałam to, że nie mam wzorców, więc jak niby miałabym dać radę poprowadzić dziecko przez życie. Nie miałam krzty cierpliwości. Dziecko było tzw. „aniołkiem”, ale mnie i tak wkurzało niemal wszystko. Musiałam się wiele jeszcze nauczyć i uwierzyć, że da się być dobrym rodzicem, a powtarzanie wzorców z dzieciństwa wcale nie musi mieć miejsca.

Umówiłam się do lekarza, udało mi się wcisnąć w miarę szybko. Szłam z duszą na ramieniu, ponieważ bałam się co z blizną, jak sobie dam radę. Łudziłam się do samego końca, że to może jednak nie to. Niestety. „No coś tu jest” – powiedział lekarz, który wykazał więcej entuzjazmu niż ja. Dodał, że dam radę, a organizm kobiety jest niemal nie do zdarcia.

Czułam się dobrze, choć parę razy mnie zemdliło przy przewijaniu małej, natomiast psychicznie było źle.

Mąż całymi dniami i często nocami był w pracy, kłóciliśmy się prawie cały czas. Często niesprawiedliwie mu się obrywało, nieraz usłyszał, że to jego wina, że zrobił mi dziecko. Nie mogłam znieść tego, że on się z tego wszystkiego cieszy, kiedy ja rozpaczam.

Do lekarza chodziłam jak za karę. Wolałam udawać, że to się w ogóle nie dzieje, choć mimowolnie głaskałam brzuch, a każdy kopniak sprawiał mi radość. W życiu nie miałam tak skrajnych uczuć. Przyszedł czas na badania połówkowe. „Będzie chłopak” – usłyszałam. Ucieszyłam się, jak już musi być to fajnie mieć parkę. Znajome rzekomo zazdrościły, mówiły, że fajnie tak szybko, że wyjdę z pieluch za jednym zamachem, że się będą fajnie chować. Ja jakoś nie widzę wielu osób, które się decydują na tak małą różnicę wieku. Do przygotowań podeszłam zadaniowo, szykowałam ubranka bez większego entuzjazmu, a rzeczy po córce pozbywałam się bardzo chętnie. Niby jestem sentymentalna, jednak widocznie nie w tej sferze.

Zaczęłam doszukiwać się pozytywów. Pomyślałam, że teraz na pewno uniknę wielu błędów, wszystko zrobię lepiej, inaczej. Czy tak było? Nie. Albo nie miałam na to czasu albo byłam zbyt zmęczona.

Pod koniec ciąży nauczyłam się wreszcie „obsługi” córki. Zaczęłam ją rozumieć i szczerze kochać. Nie przyszło mi to od razu i łatwo, trochę mi to zajęło, ale czas z nią spędzony przestał być tylko obowiązkiem, a sprawiał mi prawdziwą radość. Serce mi pękało jak pomyślałam, że niedługo nie będę miała dla niej tyle czasu i uwagi, co wcześniej. Znów przeszło mi przez głowę, że ta wpadka zepsuła nam życie.

Nadszedł ten dzień. Wszystko zaczęło się inaczej, choć ten sam szpital, ta sama sala i nawet położna, co 13 miesięcy wcześniej. Poznała mnie, zapadło jej w pamięci jak się darłam i wyklinałam ponad rok temu. Miałam tego dnia ostatnią wizytę u lekarza, ale nie zdążyłam. Nie wiedziałam co będzie z porodem, nie brałam pod uwagę porodu siłami natury (SN) ani przez sekundę, ale od stycznia zmieniły się przepisy i pozostawało zagadką jak moje dziecko przyjdzie na świat. Od 2 w nocy do rana trzymali mnie w niepewności, bałam się, płakałam. Moje ciało się poddało, skurcze się niemal wyciszyły, zdrzemnęłam się nawet. Nad ranem wykonano CC, nie zmuszali mnie do prób SN. Wreszcie!

Kiedy zobaczyłam małego popłakałam się. Był cudowny i taki piękny, zakochałam się od razu. Teraz rozumiałam jak to jest. Przy pierwszym dziecku tego nie doświadczyłam. Mały był i jest idealny, ciągle się śmieje i cieszy. Nieraz mam wyrzuty sumienia, że miałam takie myśli w ciąży. Kocham moje dzieci równie mocno, ale jednak inaczej.

Początki były trudne, nie miałam czasu myśleć, że trwa połóg, że powinnam odpoczywać. Pierwsze tygodnie to było nieporozumienie. Mąż wrócił szybko do pracy, a ja zostałam sama.

Minęło parę miesięcy i jest naprawdę OK. Co prawda wylądowałam u psychiatry, ale o tym może też innym razem.

Mój przypadek przypomina mi historię pewnej kobiety. Ona niestety nie poradziła sobie i wpadła w uzależnienie, poddała się i zniszczyła swoim dzieciom dzieciństwo. Bałam się, że mnie spotka to samo. Jej zdarzyła się wpadka pół roku po porodzie pierwszego dziecka. To były czasy, kiedy wierzyło się, że karmienie piersią chroni przed ciążą. Płakała równie mocno jak ja, jej uczucia były tak skrajne jak moje.

Ta kobieta to moja matka, a to nieplanowane i, w gruncie rzeczy, niechciane dziecko to ja 🙂

KWAczka dziwaczka